218

Właściwie kto by się spodziewał

że tak owocnie wykwitnie mi tu życie

a ja będę wzorem sukcesu

niesławnych dzwudziestopięcolatków na arenie między narodowej

(plotką rozpuszczanej drogą telefoniczną / to jest pantoflową)

 

Z zewnątrz trochę wsiąkam

od środka trochę kulę się i nakrywam głowę kocem

zwijam się jak ręcznik dla gości

i chowam w szafie aby pokazać się tylko z pięknej strony

gdy będę witana chlebem i solą

 

217

Jakie to typowe:

Zakiwałam się,

Zatoczyłam.

Zakryłam usta dłonią

(Bez)wstydnie i zaakceptowałam twoją obecność.

Biernie brnęłam dalej w twoje historie

I mowę ciała w całej w wspaniałości.

Tak, jesteś inteligentny.

Tak, jesteś przystojny.

Gdzieś tam zakulałeś w mojej głupocie / brzydocie i odsunąłeś to cielsko i rozum pusty na bok.

Nic nie szkodzi.

Ja wiem, że znow się niedługo odezwiesz.

216

Bardzo się boję i znowu wstydzę. Oj, tak. Wstydzę się ciągle. I nim bardyiej pogrążam się w tym samoużaleniu, tym więcej rzeczy leci mi z rąk, wymyka z ust i przyprawia o ból głowy. Bardzo mi wstyd za te trzy posiłki zjedzone w odstępach 5-minutowych. Wstyd mi za te pieniądze, przecież nie moje, roztrwonione bez sensu z powodu braku samoopanowania i racjonalnego myślenia. Wstyd mi,  że dużo patrzyłam, za mało słuchałam, usiadłam, a nie wstałam. Wstyd mi za te głupie zachowanie 4 lata temu w kwietniu, o którym pewnie mało kto pamięta, ale mnie budzi w nocy i każe rzucać na siebie przekleństwa. Wstyd mi, że moje spodnie chyba nie są modne, a ręce zdecydowanie za grube i rumiane. Wstydze się tego nosa, twarzy, głupoty i nierozgarnięcia. Znów skreślam punkty z listy i wracam po schodach, czy aby na pewno drzwi są zamknięte (uff…są), a potem gubię portfel, gdzieś w przestrzeni Berlina. Tak wstydzę się, Wstydzę się nawet tego, że mniej żyły wystają mi na dłoniach, a włosy nie układają tak wesoło jak innym.

Chciałabym zasnąć i się nie wstydzić, ale nawet w snach czuję się niezręcznie.

Czuję się bardzo bezradna.

215

Jak zwykle budzę się kilka razy i nerwowo chwytam za telefon, czy aby nie jestem spóźniona. Sprawdzam jeszcze raz i zastanawiam się, czy aby to prawda, i czy telefon nie chce mnie oszukać. Jest jeszcze przed czwartą, więc za pewne obudzę się jeszcze dwa lub trzy razy i cały rytuał kontrolowania czasu odbędzie się na nowo. Myśl o byciu spóźnioną wyrywa mnie ze snu wielokrotnie, mimo że przez całe życie może ze trzy razy udało mi się na coś zaspać. Punktualność, z jakiegoś nieznanego mi powodu, jest dla mnie elementem bardzo stresującym; jakąś irracjonalną udręką, która każe mi się budzić o półtorej godziny za wcześnie, przychodzić do pracy 30 minut przed jej rozpoczęciem i oczekiwać na przyjaciół z kolacją jeszcze godzinę przed ich pojawieniem. Dla każdego czasu mam swoje schematy i rytuały. Codziennie pobudka 6.45, jak jestem zmęczona to 7.15. Zawsze nastawiam cztery albo pięć alarmów, ale i tak budzę się jeszcze przed pierwszym. 15 minut na prysznic, 10 minut na ubranie, 20 minut na śniadanie i jakieś 25 na makijaż. Jak zabieram lunch to jeszcze jakieś 15, plus jeszce dziesięć na posprzątanie przed wyjściem. I czekam, bo i tak w pracy będę o 30 minut za wcześnie.

Tak samo w podróży. Dokładnie odliczam czas pojawienia się na lotnisku i dodaję jeszce te 35 minut na nagłe wypadki. Wyjdę i tak 15 minut przed tym czasem i przyśpieszę kroku, więc na miejscu będę o jakąś godzinę za wcześnie. Pierwsza stanę do odprawy, a potem spędzę półtorej lub dwie godziny w oczekiwaniu na lot. Będę siedzieć na niewygodnej ławce terminala C i walczyć z myślami atakującymi mnie  mojej głowie.

Pojebana. Dlaczego przyszłaś tak wcześnie. Nawet podróży nie potrafisz zaplanować.
Za karę będziesz się tu nudzić przez dwie godziny, obyś zdechła w tym samolocie.

I tak każdej podróży. A podróżuję dużo.

Podczas lotu pewnie chciałabym zasnąć i nawet mi się to udaje, ale wybudzają mnie wizje mnie chrapiącej o kilka decybeli głośniej niż warkot silników samolotu i radosny śmiech wszystkich pasażerów, którzy już wcześniej czuli do mnie nienawiść, bo przecież wyglądam jak brzydkie dziecko, które na pewno jeszcze dziwnie pachnie. W ciągu tygodnia nie pozwalam sobie na zbyt wiele snu, bo chcąc wypełnić wszystkie obowiązki potrzebuję jescze dużo czasu na marnowanie życia. Nie łatwo jest pracować, sprzątać, gotować, kupować tonę jedzenia, władować w siebie te kalorie, zwymiotować parę razy, dopilonować, że łazienka jest czysta, zamazać ślady tego żenującego aktu mojej beznadziejności, a potem wypić jeszcze pół wina (oczywiście eko, bio, vegan, 2014) oglądając The Biggest Loser na youtubie. To wszystko wymaga czasu. Oczywiście, mogłabym uciąć alkoholiczno-bulimiczną część z mojego tzw daily routine, ale po wielu próbach poddałam się i poszłam na łatwiznę. Sen jest dla mnie mniej ważny niż samoupokorzenie.

Tak, tak. Sen stał się dla mnie jakimś zbędnym luksusem. A ponieważ nadużywam już luksusu jedzenia, nie mogę zachowywać się jak rozpuszczony bachor i spać więcej niż te 6 godzin dziennie. Dlatego nawet w weekend zmuszam się żeby wstawać rano i nie leżeć do 10. Gdy leżę czuję się winna.

Trochę mi ostatnio ciężej i czuję jak ucisk w skroniach narasta, a dziwne uczucie łaskotania pod żebrami staje się coraz bardziej irytujące. To wstyd albo kofeina. Najczęściej jedno i drugie. Ten wstyd i to zażenowanie. Poczucie winy i niepokój. Bo ile razy można otwierać oczy z niewyspaną i zapuchniętą od rzygania i wina mordą. Czasami budzę się całkiem spokojna, ale już pierwsze przebłyski świadomości przypominają mi kim jestem i co robię. Wtedy pokornie siadam na skraju łóżka, chowam twarz w dłoniach i wzdycham kilka razy. Trochę chce mi się płakać, ale raczej nigdy tego nie robie. Bo niby po co.

Posiedzę tak jeszcze przez chwilę, marząc żeby wrócić do łóżka  i zostać już w nim na zawsze. No niestety, nie chcesz być przecież jeszcze bardziej bezużyteczna.

Wychodząc zawsze sprzątam pokój. Myję talerze ze śniadania, ścielę łóżko, a biały, puchaty kocyk uładam równolegle na skraju kanapy. Dzisiaj, całkiem spontanicznie powiedziałam „Pierdolę, nie robię.”, a potem zostawiłam nieposkładane ubrania i niepoodkkurzaną podłogę. Bardzo się tego wstydzę i mam nadzieję, że jednak nikt nie wejdzie do mojego pokoju pod moją nieobecność.

214

wziąłeś pogryzłeś i

przerzułeś trochę niedbale

zachrzęściłam ci w zębach

jęknęłam i uległam bo jak każdy wie ze mną nie jest łatwo

 

wyrzułam się i straciłam smak

albo na kminek trafiłeś czy inną lukrecję

wyplułeś i niby zatarłeś butem

że kochasz i w porządku

 

ze mną wszystko ok

sito już dawno wisiało nad zlewem i czekało

aż odcedzę

nitki emocji od zimnej reakcji

 

żal mi tylko tych 30 euro które dałam ci na bilet.

213

Bolą mnie oczy. Nie od soczewek.

Boję się dorastania. I tak czuję gdzieś w kościach, że to kwestia paru miesięcy, kiedy zostanę zupełnie sama i czas będzie zaczynać na nowo. Na samą myśl chce mi się płakać.

-Czytam starą siebie-

to takie smutne, że już nie pamiętam momentu, kiedy zostawiłam wyobraźnię dla rozumu, i to lekko wadliwego.

jestem mniej niż pospolita.

212

Zagryzłam zęby i przełknęłam ślinę
drgnęłam powieką
i zamknęłam puszkę

tłucze mi się po
głowie/kościach/mięśniach/ścięgnach/chrząstkach
ocieka obwarzankiem
dygocze wczorajszym
spaghetti

Stanęłam przed tobą
ubrana w burkę
hidżab
sari i jarmułkę

nie mam nic do ukrycia

z różańcem na szyi
nieszczerze
wiem
że przegrałam

i spadłam nisko w rankingu

jak tak duży człowiek
może się czuć tak mały

miałam tu stać jak
laleczka
jak zabawka
rozkoszna

niestety moje
nadgarstki nie przejdą
przez
uszko od igły

210

Jestem taka nieorganiczna,

taka niekolska.

Taka miejska niedostępna i niepożądana.

Czy to martwy czy zamarznięty

ja tylko jedna niekolska

mieszczańska.

Smutne są budynki ratusze i kamienice

bez lasów pól łąk i stawów

nie chcę już tu

chcę tylko aprobaty świętego Rocha.